Blog veriteti | |
|
O mnie
O sobie mówić nie potrafię. Powiedzmy, że bywam podobna do pewnych ludzi, pewnych postaci realnych i fikcyjnych. W zależności od okoliczności. By jednak sprawę nieco uprościć powiem, że jestem enneagramową Piątką. 5w4 właściwie.
Archiwa
Linki
M&A
Axis Powers Hetalia eng APH pl Manga&anime - info dA Mój deviantart Lub czasopisma Otaku Seriale Heroes Wydawnictwa Waneko JPF Hanami Kasen Odwiedzane Yuri Yaoi Enneagram Nie tylko Muppet Sejm World of Tomb Raider WWF Paranormalium |
[2009-08-27, 10:13:23] F/F tale I
- Piekło? Około czternastu kilometrów pod powierzchnią ziemi. Syberia. - Popatrz, Rosjanie to mają wszystko. Nawet piekło. I to dwuwymiarowe, bo na powierzchni i pod. - Ciekawie nie? Jak nie zamarzniesz to się ugotujesz. Jacy pomysłowi ludzie – odpowiedziałam i znów zaczęłam kontemplować sufit. Z naszych wschodnich sąsiadów to faktycznie byli interesujący towarzysze. Nie ma to jak propaganda. Niektórzy do tej pory wierzą, że to matka Rosja wydała na świat tych przewspaniałych naukowców, co to żarówki, telefony, bomby atomowe wynaleźli. Ziewnęłam i przesunęłam pasek na ekranie w dół. Kolejne ambitne tematy. UFO, OOBE, LD, MiBy i inne dziwne rzeczy pisane wielkimi literami. Fukoo oparł się o mój fotel i także zaczął czytać o lalkach, które rzekomo same się poruszają. Nawet linki do filmików na youtubie załączyli. Ciekawe czy takie nawiedzone lalki lubią być filmowane? Zgrabnie lub mniej elegancko, ale jednak fałszywki. - Nigdy nie lubiłam lalek… - mruknęłam z niesmakiem i zamknęłam przeglądarkę. Wszystkie moje Barbie kończyły z wyrwanymi rączkami i nóżkami. Wyrywałam im główki i wyłupiałam oczy. Nie mogłam znieść ich pustego wzroku. To jakby patrzeć w lustro. Ale luster nie tłukłam z obawy przed siedmioma latami nieszczęścia za każdy roztrzaskany fragment. Mój współtowarzysz zaczął się rozporządzać i przełączać mi forumowe tematy. - Ty zobacz, czarnookie dzieci. Też mi wielkie zjawisko – prychnął lekceważąco. No cóż, w końcu on miał czerwone tęczówki, mnie to nie dziwiło. - Ale to propagandowe, ruskie piekło było fajne. Ciekawe ile ludzi się nawróciło po przeczytaniu tego artykułu – wróciłam do pierwszego tematu rozmowy. - Domyśl się. Swoją drogą, jak na miejsce wieczystej kaźni całkiem blisko to piekło. Czternaście kilometrów, dałoby się tam dowiercić i teraz. Jeżeli szatan miałby jeszcze zapasy ropy, to podejrzewam, że Amerykanie by mu rzucili parę atomówek. A i potępionym dostałoby się po pysku żeby siedzieli cicho. Jeżeli na czymś da się zarobić, to nawet z diabłem można wojować. Chociaż większość woli zawierać z nim pakty. – usiadł na łóżku, zarzucając niedbale nogę na nogę. Przeciągnął się, ręce złożył za głową i nagle zreflektował się o czym w ogóle mówi. Faktycznie, takie dysputy na stricte religijne tematy nieczęsto padały z jego ust. - Nie mówmy o tym. Bóg ma bardzo czarne poczucie humoru. – usiadłam obok i rozejrzałam się za programem telewizyjnym. - Bardzo – skwitował i podał mi szukaną gazetę. Pewnie chciał jeszcze coś dodać, ale oszczędził mi tej nieprzyjemności i tylko spojrzał wymownie w przeciwległy kąt pokoju. „Nie ma cię, moja śmierć na pięć” Nucę tę psychodeliczną z deka piosenkę przypominającą nieco dziecinną wyliczankę. Najpierw kot, pies, koń i ja. Skaczemy z urwiska niekończących się schodów. Do wody, na główkę. I z powrotem. Odwrotnie. I znów. Razy pięć. Na czym rzecz polega, nie wiem. Ciężko wyjaśnić takie zagadnienie jak dowolna interpretacja. „Kolejny kot wyskoczył oknem.” - Ciekawi mnie dlaczego w tym utworze się pojawia kot. Przecież wszystkie koty to socjopaci. Ich nic nie obchodzi. Dlaczego miałyby się zabijać? – spytałam przełączając program. Nic w tej telewizji nie ma ciekawego. Rozmowy niekontrolowane na życiowe tematy wydały się lepszym wyjściem niż telepudło. - Może właśnie dlatego, że tak im wszystko obojętne? – odparł mój alter i otworzył paczkę draży. Czekoladowe, moje ulubione. Zanim zdążyłam poprosić już wcisnął mi parę draży do ust. Mruknęłam dając wyraz swojemu chwilowemu niezadowoleniu z takiego rozporządzania się moją osobą. Przełknęłam czekoladę i wytarłam twarz w rękaw. - Zauważyłeś, że po czyimś samobójstwie zawsze są teksty pokroju: A to był taki dobry chłopak, nic nie zapowiadało, że tak skończy, jeszcze dzisiaj z nim rozmawiałem i wszystko było w porządku. - Świetnie się maskują ci samobójcy. W gruncie rzeczy to szczęśliwi ludzie, przynajmniej pod koniec. Wiedzą kiedy umrą, wiedzą jak, chcą tego. Najważniejsze, że są do tego zdolni. Położyłam głowę na jego kolanach. „Czasem im zazdroszczę” – pomyślałam. Ja nie mam odwagi, by przekroczyć cienką granicę. Bywają chwile, gdy błagam, żeby ktoś zrobił to za mnie. Roztrzaskał mi czaszkę na chodniku. Linia między życiem a śmiercią jest bardzo cienka. Wystarczy dobrze wycelować w tętnicę szyjną. To nie takie trudne. Ludzie to są głupi. Z każdą kolejną moją myślą na twarzy Fukoo malował się coraz większy uśmiech. W końcu nie wytrzymał i ironicznie się zaśmiał. - I kto to myśli. Nie przyznajesz się do bycia człowiekiem? - I kto to mówi. Dobrze wiesz, że to tylko iluzja. Takie małe przekłamanie systemu. – ułożyłam się wygodniej i zamknęłam oczy. Fukoo pewnie jeszcze się uśmiechał, może błysnął okiem dla większego efektu i westchnął. Nie pozostało mu nic innego jak pogłaskać mnie po głowie i odpocząć. Z socjopatą na kolanach. skomentuj (0) [2009-08-27, 10:05:56] Dygresje V A było to w czasach, gdy nad zamkiem latały samoloty. I każde dziecko słysząc charakterystyczny warkot silników, zadzierało do góry głowę i wołało starą przyśpiewkę o panu pilocie. Szczęśliwie w żadnej maszynie nigdy nie zepsuł się silnik i nie wylądował on na dachu obdrapanego zamczyska. Ale pamiętam, że kiedyś na łące za cmentarzem rozbił się szybowiec. Na tej samej łące, na której z bratem puszczaliśmy latawce i sklejane modele samolotów. Lato było zawsze gorące, dni wypełnione cytrynową herbatą, chlebem z masłem i cukrem, bieganiem za szczęściem, ulotną chwilą, motylem. Albo chodziło się na ryby. Zapach łuski wymieszanej z trawą, dzisiaj już go nie znajdę. I miesiąc był względnie dłuższy niż dzisiaj. A powrót do szkoły mniej bolesny. Wszystko było takie proste i oczywiste. Po poniedziałku zawsze przychodził wtorek. Dzisiaj… Nie wiem nawet, czy poza piątkiem istnieją inne światy. Kiedyś szczytem ambicji było wdrapanie się na stary, drewniany płot i wylądowanie w jednym kawałku po jego drugiej stronie. Za nim rozciągał się las, wierzyło się, że gdzieś w nim muszą żyć te wszystkie istoty znane z dziecięcych opowieści. Najciekawsze były odpusty, po szkole wszyscy zbierali się przy straganach, wyłudzali drobne na petardy i losy, chwalili się swoimi tamagotchi. A ja z bratem mieliśmy manię kupowania żołnierzyków. W piaskownicy albo kretowiskach ustawiało się taki mały batalion i rzucało petardę. Miniaturowa wojna. Szare żołnierzyki dzielnie znosiły wszystkie manewry. Najczęściej ginęły dopiero pochłonięte przez psie szczęki albo ogień ogniska. Właśnie, ogniska. Rozpalane tylko w większym rodzinnym gronie, gdzie opowiadało się różne historie i spoglądało na niebo. Na prowincji zawsze jest więcej gwiazd niż pieniędzy w kieszeniach. Gwiazdy zawsze mnie fascynowały. Nigdy nie znalazłam małego wozu, ale wiedziałam gdzie szukać swojej wyjątkowej gwiazdy, której mówiłam wszystko. Wprawdzie nigdy nie odpowiedziała, ale to nieistotne. Miałam komu się wygadać. A wszystko zmieniło się, gdy ujrzałam siedlisko zła zwane potocznie gimnazjum. Nie chcę pamiętać. To jak z podstawówką. Tak bardzo chciałam zapomnieć, że w końcu się udało. Sprzedałam swoje wspomnienia. To 9 lat życia gdzieś przepadło. Jak siedzieć przy torach i spoglądać na pociągi z nadzieją, że kiedyś się zatrzymają. Zastanawiać się dokąd jadą. Czemu w tą a nie inną stronę. Dlatego teraz mam spojrzenie, które mówi, że pali się światło, ale nikogo nie ma w domu. Bo i skąd miałby być? Skoro dom od samego początku jest pusty. Jakiś żartowniś włamał się oknem i złośliwie zapalił żarówkę. Ale nikogo nie ma. Niczego nie ma. I już nie będzie. Zaskakujące jaki wpływ mają na nas inni ludzie. Z miłego, grzecznego dziecka może wyrosnąć socjopata. „Hello, is anybody out there?” Ale nie o tym chciałam napisać, choć to się wiąże bezpośrednio jedno z drugim. Pewnego niezbyt pięknego dnia drogę zagrodził mi On. Powiedział, że nazywa się Maestitia i chce ode mnie kupić człowieczeństwo. Moje człowieczeństwo. Śmieszne nie? Ale, że zawsze warto się potargować, to pytam się co oferuje w zamian. Ten mi na to, że coś równie niematerialnego. Umiejętność pisania. Trochę mnie to oburzyło, przecież umiem pisać. „Ale nie umiesz stworzyć ze słów czegoś ponad atrament”. Były też inne korzyści. Miałam przestać odczuwać ból egzystencji, nieporozumienia jakie wynikło z życia w złym miejscu o złym czasie. Kto by się nie zgodził? Podpisałam umowę krwią, tak jak kazał, i tyle go widziałam. Od tamtej pory nie mam już nic, tylko obrożę z wygrawerowanym „Writer is just a fountain pen in the hands of Fate.” skomentuj (0) |